Rozbicie więzienia w Opatowie

Artykuł ukazał się w Biuletynie Informacyjnym Armii Krajowej ( listopad 2000 rok). Publikacja dzięki uprzejmości Redakcji BI AK.

   Przy bramie więziennej w Opatowie zawisła tablica pamiątkowa, która przypomina o heroicznej akcji oddziału partyzanckiego "Jędrusie" na więzienie w Opatowie, w marcu 1943 roku. Zapewne trzeba było mieć odwagę, by wtargnąć do strzeżonego więzienia i uwolnić 80 osób, a wielu z nich było skazanych przez gestapo na karę śmierci. Po śmierci Jasińskiego, niewielkim wówczas oddziałem "Jędrusiów" dowodził Józef Wiącek ps. "Sowa".

  Od czasu objęcia dowództwa, "Sowa" wzmógł działalność oddziału, aby pokazać Niemcom, że oddział żyje, walczy i może zwyciężać w każdej bitwie. Podzielił on oddział na kilkanaście mniejszych ugrupowań, aby należący doń partyzanci dokonywali sabotażu w tym samym czasie, ale w różnych miejscach, żeby Niemcy nie myśleli, że gdy zginął tak zacny i wykształcony dowódca, jakim był "Jędruś" (Jasiński), to wszystko się załamie.

  Główna kwatera "Jędrusiów" mieściła się w tym czasie w Świniokrzywdzie obok Ujazdu. Były to dwa zabudowania położone nad jarem, oddzielone od wsi małym zielonym laskiem nazywanym przez nas "Wygwizdowem". Właśnie tam dotarła do nas wiadomość, że w Bogorii żandarmeria dokonuje licznych aresztowań. Bogoria była oddalona od "Wygwizdowa" o około 6 km. Wieczorem na krótkiej odprawie zdecydowano - "Jedziemy do Bogorii, jeżeli w gminnym areszcie przebywają aresztowani, to może uda się nam ich uwolnić". Józek rozkazał zaprzęgać Gryfa i Groma, konie zdobyte na Niemcach w Sichowie. Były to bardzo silne konie wojskowe. Kilku z nas wskoczyło na wóz z potrzebnym uzbrojeniem. Galopem dotarliśmy do Bogorii. Niestety przybyliśmy za późno. Niemcy już odjechali z aresztowanymi do Opatowa. Przygnębieni wróciliśmy do "Wygwizdowa".

   Na drugi dzień, a było to 12 marca 1943 roku, koło południa dotarł do nas komendant placówki AK z Iwanisk - Chodurski i poinformował, że w opatowskim więzieniu siedzi dużo ludzi, a żandarmeria i gestapo przeprowadzają dalsze aresztowania w okolicach Łagowa i przesłuchują zatrzymanych. Porucznik Chodurski koniecznie chciał rozmawiać z szefem. "Sowa" po tej rozmowie podjął błyskawiczną decyzję - "Jedziemy do Opatowa i uwalniamy aresztowanych. Wprawdzie w tej chwili jest nas tylko dziesięciu na kwaterze, ale jesteśmy dobrze uzbrojeni i dostaniemy pomoc z tamtejszych placówek AK. Wprawdzie oni nie mają broni maszynowej, ale pomoc zawsze jest potrzebna." Załadowaliśmy na wozy trzy karabiny maszynowe, jeden ckm, granaty, skrzynki z amunicją. Było już ciemno, gdy wyruszyliśmy szosą z Iwanisk do Opatowa. Jako szpica jechał szef Józek ze Zbyszkiem Kabatą ps. "Bobo", reszta jechała w następnym wozie.

   W Opatowie, zgodnie z planem, miało czekać kilku chłopców z AK przeszkolonych do walki dywersyjnej. Musieliśmy się spieszyć z uderzeniem na więzienie, ponieważ Niemcy planowali wywiezienie więźniów na gestapo do Ostrowca Świętokrzyskiego. Trzeba było działać natychmiast, mimo obaw przed dekonspiracją. Dotarliśmy na umówione miejsce do Opatowa. Czekało tam na nas tylko czterech ludzi.

  Po krótkiej odprawie zdecydowaliśmy jednomyślnie - "Uderzamy". Musieliśmy jednakże zrezygnować z ubezpieczenia od strony budynku, gdzie mieściła się żandarmeria, punkt obserwacyjno-lotniczy i koszary. Józek omówił plan uderzenia, przydzielając każdemu zadanie. Zdecydował, że do więzienia wejdzie on, "Bobo", Edek i "Marian Wielki". Stach z Tadkiem ubezpieczą nas przed samym więzieniem, aby Niemcy nie zrobili nam niespodzianki przez zaskoczenie i nie zamknęli nas wszystkich w więzieniu. "Matros" wraz z ckm-em ubezpieczy nas z drugiej strony więzienia od rynku. Jemu do pomocy przydzielił ludzi z miejscowej placówki.
Plac przed więzieniem jest oświetlony. Zajmujemy z Tadkiem stanowisko za domem z prawej strony rynku, nieco w cieniu budynku obok więzienia. Wałek z wozem i amunicją zostaje w bocznej uliczce. Wewnątrz więzienia jest kilku strażników.

   Szef Józek naciska dzwonek, po chwili słyszymy z wnętrza budynku - "Wer da? Kto tam?" Józek krzyknął - "Aufmachen Polizei otwierać policja". Strażnik pokazuje się w wizjerce, ale nie otwiera. Józek visem wybija szybkę i krzyczy po polsku - "Otwieraj! Ręce do góry!" Wartownik zdezorientowany, przestraszony, nie strzela, ale przerażony ucieka do dyżurki. "Bobo" miał przygotowanych kilka granatów, związanych w chusteczce. Józek podkłada je pod bramkę. Jeden z nich odbezpiecza i kładzie na pozostałych granatach, a sam odskakuje za róg muru. Następuje potężny wybuch, ale naruszona brama nie otworzyła się. Wtedy "Sowa" krzyczy - "Dajcie resztę granatów!" ,Bobo" zbiera granaty od kolegów. Józek powtarza atak na bramę, tym razem szczęście dopisuje. Wpadamy do dyżurki. Strażnicy stoją już z rękami podniesionymi do góry, a broń leży złożona na stole. Zabieramy broń i klucze. Jeden z nas zostaje z wartownikami. Otwieramy cele więzienne. Gdy ostatni więźniowie opuszczają cele, wychodząc na wolność, od strony rynku pojawiają się Niemcy. Stach otworzył do nich ogień z rkm-u. Zaskoczeni Niemcy uciekają w popłochu.

   Wycofując się po udanej akcji z więzienia, natknęliśmy się na landrata opatowskiego w towarzystwie dwóch niewiast. Wracał z przyjęcia u konfidenta Winnickiego. Winnicki dawał się we znaki mieszkańcom Opatowa, a komendant AK wydał na niego wyrok śmierci. Teraz niespodziewane spotkanie umożliwiało wykonanie wyroku. Trzech "Jędrusiów" wróciło z landratem do Winnickiego i tam wyrok został na nich wykonany.

  Rozbicie więzienia przez "Jędrusiów" w Opatowie odbiło się szerokim echem w Generalnej Guberni. Wkrótce krakowski okręg AK poprosił "Jędrusiów" o rozbicie więzienia w Mielcu, co nastąpiło 29 marca 1943 r., ale o tym opowiem innym razem.


Mieczysław Korczak