Spotkanie i rozmowa z połanieckim sportowcem - Rafałem Godzwonem

W środę, tj. 19 lutego 2020 r., w auli Zespołu Szkół odbyło się spotkanie ze sportowcem z Połańca, Rafałem Godzwonem, z którym miałam przyjemność przeprowadzić rozmowę. Wszyscy zainteresowani, zarówno uczniowie, jak i nauczyciele, mogli zadać szczegółowe pytania, np. o możliwość wspólnych treningów czy o to, jak wygląda regeneracja po zawodach.

Bardzo gorąco chciałabym podziękować Panu Rafałowi za to, że zgodził się wziąć udział w spotkaniu, ale także pragnę podziękować inicjatorce i współorganizatorce spotkania, Pani Dorocie Wysockiej, Pani polonistce Agnieszce Kuc za pomoc merytoryczną, pilnie czuwającemu przy nagłośnieniu Panu Zbigniewowi Brzeskiemu oraz Paulinie Karecie, która zadbała o projekcję filmu o życiu i sukcesach sportowca. Serdecznie zapraszam do zapoznania się z wywiadem.

 

Ma 45 lat. Jest absolwentem naszej szkoły i mieszkańcem Połańca. Na rowerze wykręca 15 000 km rocznie, jeżdżąc zarówno po województwach naszego kraju, jak i za granicą, choćby po drogach Słowacji, Czech, Węgier, Włoch, Francji czy Bułgarii. W trakcie przygotowań do sportowych zmagań trenuje tygodniowo od 20 do 28 godzin. Pływa, jeździ, biega, bo tak wygląda sport, który uprawia - triathlon. Kilkukrotnie wystartował w prestiżowych zawodach triathlonowych, tak zwanym Ironmanie. Ironman to zawody, których wyścigi organizowane są na dystansach: 3,8 km pływania, 180 km jazdy na rowerze i 42 km biegu. Jeśli chcecie dowiedzieć się, jaki dystans mają do pokonania zawodnicy podwójnego Ironmana to wystarczy, że pomnożycie sobie te wartości przez 2. Nawet bez użycia kalkulatora dobrze wiemy, że te cyfry robią wrażenie.

W 2018 r. ukończył Ironmana w Czechach. W maju ubiegłego roku ukończył połowę dystansu Ironmana w Czarnogórze. Na przełomie sierpnia i września 2019 r. zajął 7. miejsce w swojej kategorii wiekowej Mistrzostw Świata na Litwie w podwójnym Ironmanie.

Przed wami Rafał Godzwon, powitajmy go gromkimi brawami!

Małgorzata Drąg: Po Pana wielkim sukcesie na Litwie został Pan dostrzeżony przez lokalne środowisko. Na połanieckiej stronie ukazał się artykuł podsumowujący pana dotychczasowe  osiągnięcia, a w październiku otrzymał Pan z rąk Starosty Staszowskiego okolicznościowy grawerton. Jak się pan z tym czuje?

Rafał Godzwon: Muszę powiedzieć, że czuję się z tym bardzo dobrze, chociaż tak naprawdę nie oczekiwałem rozgłosu, gdyż trenuję dla siebie. Przede wszystkim chciałbym podziękować panu Mariuszowi Zyngierowi za to, że zauważył to, co robię, oraz za zgłoszenie mnie do tej nagrody. Oczywiście nie oczekuję żadnego uznania, ponieważ trenuję dla siebie. Jeśli chodzi o bieganie, to najczęściej biegam po wiślanym wale z moim psem. Chciałbym podziękować także i wam za to, że jesteście tutaj po to, aby posłuchać. Jednych to zainteresuje, drugich pewnie nie, ale może niektóre osoby pójdą w tym kierunku i będą brać udział w takich zawodach. Można się sprawdzić, bo to jest połączenie trzech dyscyplin. Wbrew pozorom nie jest to takie łatwe, bo na początku musi się wszystko zsynchronizować. Ale później daje dużą satysfakcję.

MD: Podczas naszej krótkiej rozmowy telefonicznej powiedział Pan, że nie wie gdzie jest aula. W jakim stopniu zmieniła się nasza szkoła od czasów Pańskiego uczęszczania do niej?

RG: No teraz już wiem, gdzie jest aula (śmiech). W bardzo dużym stopniu zmieniła się ta szkoła, oczywiście na plus. Znakomite grono pedagogiczne, nic tylko uczyć się i sięgać po marzenia, wyzwania.

MD: W sali znajdują się uczniowie interesujący się sportem. Trenują bieganie, zapasy oraz biorą udział w szkolnych i międzyszkolnych zawodach w sportach indywidualnych drużynowych. Co może Pan powiedzieć o swoich lekcjach wychowania fizycznego z okresu szkolnego? Jak je Pan wspomina i jaka była Pana ulubiona dyscyplina sportu?

RG: Nie miałem jednej ulubionej dyscypliny. Tutaj w auli jest obecny mój były wuefista, pan Kazberuk, któremu również dziękuję. Na pewno miał duży wkład w to, co zrobiłem ostatnio i co mam zamiar jeszcze zrobić. No cóż, jestem wdzięczny i tyle.

MD: Czuje się Pan spełniony w tym, co pan robi zawodowo?

RG: Robię to, co lubię. Jestem zadowolony z tego co robię.

MD: Od czego zaczęła się Pańska przygoda z trenowaniem triathlonu? Był jakiś konkretny moment, który zadecydował o tym, że Pana życie - dosłownie i w przenośni - zmieniło bieg?

RG: Wydaje mi się, że zaczęło się od znajomości na Endomondo z Wojciechem Kozłowskim. On już nie żyje, zginął w wypadku samochodowym, wracając z maratonu „Nocna ściema”. To właśnie u niego zacząłem podglądać te treningi i zastanawiać się, w jakim kierunku pójść. Z czasem mówię: czemu nie? Warto spróbować czegoś nowego, niż tylko jazdy na rowerze. Myślę, że chyba mi wyszło, tak mi się wydaje.

MD: Myślał Pan kiedykolwiek wcześniej, że będzie Pan uprawiał tak wymagający sport?

RG: Pomysł  na podwójnego Ironmana zrodził się  podczas filmu „Najlepszy”, przedstawiający Jerzego Górskiego, który w 1990 r. ukończył w Stanach Zjednoczonych podwójnego [Ironmana]. Zresztą historię pewnie część was zna z filmu i nie tylko. Postanowiłem, że spróbuję się zmierzyć  z tym dystansem i od tamtej pory zacząłem przygotowania w tym kierunku – zwiększałem objętość treningów i zmniejszałem szybkość. Potrzebne mi było długodystansowe zbicie pulsu, a nie krótkodystansowa szybkość. A wszystko po to, wiadomo, żeby wytrzymał organizm.

MD: Co było pierwszym, pamiętnym dla Pana sukcesem?

RG: Chyba to, że w końcu znalazłem czas na uprawianie sportu, na który wcześniej ciężko pracowałem. Wiadomo jakiś  etap trzeba zamknąć w życiu, żeby zająć się czymś innym. Sukcesem jest to, że zacząłem uprawiać sportu właśnie w tym wieku, w którym jestem. Nigdy bowiem nie jest za późno na uprawianie sportu.

MD: Jak wyglądają treningi?

RG: Moje treningi przeważnie wyglądają w ten sposób, że do pracy mam na godzinę 6.00, wstaję o godz. 5.00, wykonuję serię ćwiczeń rozciągających. Przed samymi zawodami wstaję przeważnie o godz. 3.00. Idę do pracy, potem dokładam jazdę na rowerze i pływanie, to tak wygląda. Teraz chodzę na drugie zmiany, gdyż bardziej mi to odpowiada, dlatego mam czas na to, aby sobie pobiegać, iść na basen popływać, zjeść obiad i pójść do pracy. Tak wygląda to na ten moment, jednak od marca lub kwietnia zmieni się to.

MD: Czy na co dzień czerpie Pan z treningów satysfakcję? W jakim stopniu jest Pan w nie zaangażowany?

RG: Na pewno czerpię satysfakcję, bo gdyby jej nie było, to by nie było treningów. Trzeba czerpać satysfakcję i doszukiwać się czegoś fajnego w tym, bo inaczej można tracić motywację i przestać to robić. Ja czerpię i to chyba widać, bo sporo trenuję. Zresztą, kiedy biegam spotykam na ścieżkach różnych ludzi Ale tak, jak mówię, trzeba czerpać satysfakcję, a najważniejsze dostrzegać coś, w czym chcemy być dobrzy, choć czasami to nie wychodzi, ale za jakiś czas będzie lepiej.

MD: Największa Pana motywacja życiowa to…

RG: Największą motywacją życiową jest  moja żona, tak mi się wydaje. No i mój pies, który mi towarzyszy. Jest zaraz po niej.

MD: Jaki ona ma udział w Pana sukcesach?

RG: Wydaje mi się, że bardzo duży. Przede wszystkim taki, że toleruje to, co robię. Nieraz, wiadomo, różnie bywa, ale nigdy się nie kłócimy, jeśli chodzi o moją pasję. Wspiera mnie, dlatego trwam w tym dalej. Postanowiłem, że jeszcze ten rok poświęcę na Ultra Triathlon, a co będzie dalej, zobaczymy. Jak skończę plan treningowy to będę wiedział, czy wezmę udział w zawodach. Jak się nie uda, to nawet nie będę się wybierał, mimo że już mam opłacone startowe i gwarancję startu tam. Ale to wszystko zależy od zdrowia, ponieważ nic nie może mnie boleć. Moja żona też tam ze mną będzie, zresztą na zdjęciach widać, że przez cały czas mnie wspiera. Kto by wytrzymał 27 godzin, podczas których trzeba było podawać mi jedzenie i leczyć mnie. Ja mówię o Ultra Triathlonie, bo tego nie trzeba robić na krótkich dystansach.

MD: Zadedykował Pan litewskie zawody Wojciechowi Kozłowskiemu, który zginął w wypadku samochodowym i o którym można przeczytać jako o „maratończyku, triathloniście, koneserze dobrej kawy i zapiekanek bez ketchupu” oraz osobie, która skupiała wokół siebie dziesiątki, jeśli nie setki sportowych zapaleńców. Gdzie się poznaliście i jaka łączyła was więź?

RG: Poznaliśmy się na Endomondo, to jest taki portal. Większość z was wie, o co chodzi. Jest tam sporo zwariowanych ludzi. Nawet trudno w to uwierzyć, jakie wykonują treningi, bo jak się na to popatrzy, to robi wrażenie. I to nie jest żadna ściema. A z Wojciechem poznaliśmy się właśnie w ten sposób. To, jak był lubiany, można było zobaczyć nawet podczas zbiórki pieniędzy dla jego żony i dla córki. Momentalnie przez grupę triathlonową została zebrana kwota 30 tysięcy, która zaraz została powiększona. W sumie doszła do 50+ tys. Ludzie go lubili i każdy miło go wspomina.

MD: Czy był on głównym mentorem, czy był i jest ktoś jeszcze?

RG: Tak, od niego przejąłem treningi na całego Ironmana i z niego brałem przykład. Później to wiadomo, pytałem innych znajomych. Był to np. Robert Karaś. Zadawałem nieraz pytania, bo nie mogłem pojąć niektórych rzeczy, bo jak wiadomo, u nas to raczej nikt mi w tym nie pomoże, a musiałem na szybko zorganizować kwestię żywnościową, sprzętową i inne. Dobrze jest, jak ktoś doradzi i pomoże, bo później można stracić zawody przez drobnostkę, tak może być. Zresztą teraz to już wiem, o co chodzi.

MD: Wstawanie o 3 przed pracą na bieganie, po pracy 100 kilometrowa jazda na rowerze. To tylko zarys przygotowań do Ironmana. Jak w szczegółach one wyglądały?

RG:  Na początku trzeba zacząć od roztrenowania, zresztą część chłopaków wie, o co chodzi. Później wchodzimy w taką fazę mniejszą. U mnie wygląda to w ten sposób - robię krótkie dystanse, bardziej dynamiczne, wzmacniające kardio, później zacznę przechodzić w dłuższe dystanse i zbijanie pulsu. Robię to po to, żeby przygotować organizm do dłuższych tras. To nie jest tak, że ktoś jest szybki i gdzieś tam przebiegnie maraton w 2,5 godziny, bo byli i tacy (Duńczyk). Ale na rowerze czy pływaniu odpadli. Oni dużo szybciej ode mnie biegali. Trzeba naprawdę dobrze przemyśleć to, co się robi, żeby organizm pobierał [energię] z tkanki tłuszczowej, a nie z mięśni i patrzeć przede wszystkim - kiedyś tego nie było - na pulsometr, obserwować swoje ciało podczas takiego wysiłku, dlatego, że jak pobiegniemy za ostro, to skończy się "paliwo", a bez uzupełniania tego "paliwa" będzie po wszystkim. Z minuty na minutę, z sekundy na sekundę człowiek staje się coraz słabszy. Ja widziałem tam kilku takich zawodników, którzy byli w czołówce, jednak niestety najszybszemu biegaczowi nie poszło, po prostu się wypalił.

MD: Możemy się tylko domyślać, że w trakcie treningów pojawiały się momenty zniechęcenia. Jak radził sobie Pan ze spadkiem motywacji?

RG: Widziałem, że podczas treningów nie mam już siły, bo bywało różnie. Zawsze sobie jednak na koniec myślałem, że na drugi dzień będzie lepiej, że zrobię lżejszy trening i na pewno będzie lepiej. Zjem troszeczkę inaczej, bo jeżeli człowiek staje się słabszy, to gdzieś musi tego być przyczyna. Albo za mocno potrenujesz, albo źle zrobisz rozciąganie, rolowanie. Takie rzeczy są bardzo istotne podczas zawodów Ultra. No i myślałem sobie, że będzie lepiej i faktycznie było i jest.

MD: Proszę opisać zawody Double Ironman. Jak się Pan do nich zgłosił, jak wyglądał wyjazd?

RG: Do tych zawodów trzeba było mieć ukończonego całego Ironmana. Ja go nie miałem jakoś rewelacyjnie skończonego. Zacząłem przygodę od całego Ironmana, co jest dość nietypowe. Czasowo nie miałem go dobrze zrobionego, a organizator zażyczył sobie czasy z moich treningów. Dostarczyłem je, czekałem, zapłaciłem wpisowe i udało się – wzięli mnie. Później dopisał się Robert Karaś, bo kiedy obwołano, że to są Mistrzostwa Świata, to wiadomo, że każdy każdy chce w tym uczestniczyć i wygrać. Podczas zapisów nie wiedzieliśmy o tym, że będą one [Mistrzostwami Świata], dlatego że organizatorzy walczyli o to i na szczęście im się udało. Impreza ta trwała przez 2 dni, co trochę mnie to przytłoczyło. Przyjęli nas świetnie. Zawody zostały zakontraktowane na 60 osób, ale nie wszyscy skończyli swoje treningi, plany. Jedni zaliczyli kontuzje, drugich zajęły różne sprawy życiowe i w sumie wystartowało 46 osób. Ogólnie całe te zawody to taka impreza, której nie zapomnę do końca życia. Muzyka grała całą noc, wszystko dopięte na ostatni guzik. Organizatorzy teraz już zapraszają mnie na przyszły rok, bo w tym przebudowują trasy, ale ja niestety drugi raz tego dystansu nie powtarzam, także tam nie pojadę. Trzecia kwestia to jest wyścig z najlepszymi:  Robert Karaś, Rait Ratasepp czy ten Duńczyk. To jest coś niesamowitego, zawody w pętlach, patrzeć jak oni się ścigają, dopingować ich. Oni też mi dopingowali, np. Adaś Sułkowski. To jest przeżycie, które pozostanie ze mną do końca życia. Znajomości, jakie tam zawarłem, to też fajna sprawa, bo jest się do kogo zwrócić, czasami też [zawodnicy] piszą do mnie.

MD: Jak wyglądała kwestia jedzenia, załatwiania potrzeb fizjologicznych i chłodzenia?

RG: Organizator od razu napisał, że jedzenie jest we własnym zakresie, dlatego że żaden sportowiec przy takim dystansie nie pozwoliłby sobie na eksperymenty. Grozi to rewolucjami żołądkowymi i jest po wyścigu. W kwestii fizjologicznej to były rozstawione toalety po linii. Wszystko odbywało się w pętlach, więc nie było problemu.

MD: Wydaje mi się, że kwestia przeżywania wydarzeń w sporcie jest bardzo ważna, więc jakie uczucia Panu towarzyszyły w trakcie zmagań, które trwały prawie 28 godzin?

RG: Jedno najważniejsze uczucie, jakie mi towarzyszyło, to cały czas sobie myślałem, że tu jestem, że się tu znalazłem, robię coś, co zapamiętam do końca życia. I to mnie motywowało. Cały czas na spokojnie, mój puls podczas tych zawodów, który osiągnąłem to było 120 uderzeń. Fajnie go zabiłem. Chciałem podczas biegania trochę przyspieszyć, ale nie udało się, bo miałem problem z piszczelem. Jeśli chodzi o chłodzenie, to żona biegała do pobliskiego sklepu i kupowała worki z lodem. Podczas postoju okładałem nimi piszczel. Potem biegłem dalej.

MD: W zawodach wzięło udział jeszcze kilkunastu Polaków,  a Robert Karaś ustanowił rekord świata. Cieszy Pana taka ilość polskich zawodników i ich osiągnięcia?

RG: Oczywiście, że tak, bo my byliśmy tam najliczniejszym gronem. Oficjalnie te zawody na świecie ukończyło naprawdę niewielu. Nie chcę podawać liczb, bo jedni ukończyli te zawody, inni nie. My z Polaków nie wszyscy skończyliśmy te zawody, ale naprawdę cieszy mnie to, bo nie jest nas dużo, ale to grono jest takie fajnie zgrane i pomagamy sobie nawzajem.

MD: Elitarne?

RG: Myślę, że tak. Fajnie nas opisał triathlon.pl: „Karaś i dwunastu wspaniałych”, tak że samo to jest dla mnie olbrzymim wyróżnieniem.

MD: W jednym z facebookowych komentarzy na Pana profilu napisał Pan, że „dobre słowo na zawodach potrafi postawić na nogi”. Może Pan zdradzić od kogo je otrzymał?

RG: Od Adasia Sułkowskiego, od żony - to wiadomo cały czas, od chłopaków także. Zresztą pod koniec to kibicowała nam publiczność, podczas przejeżdżania i przebiegania przez boksy, gdzie wyświetlały się nasze czasy, imiona, nazwiska. Ja to się śmiałem do wszystkich, bo wiadomo - dobry uśmiech zawsze pomoże. Wszyscy się tam wspieraliśmy, to było najważniejsze.

MD: Co jest Pana główną przeszkodą w realizowaniu celów sportowych?

RG: Myślę, że teraz nie mam żadnych przeszkód, dlatego że postanowiłem wcześniej sobie ułożyć życie. Postanowiłem, że sobie zapracuję, żeby coś mieć i całkiem niedawno wziąłem się za to [sport]. Żona mnie wspiera i chyba nie ma przeszkód. Jedyną barierą, która może mnie zatrzymać, jest kontuzja. A tak jak już sobie obmyśliłem plan, to żadnej rzeczy nie odpuszczę.

MD: „Rodzina, Praca, Dom, Sport. Poukładane życie i element zaskoczenia. Wszystko da się pogodzić”. Jak odniesie się Pan do tych słów, stanowiących pana profilowy biogram?

RG: Tak to właśnie u mnie wygląda, więc tak napisałem.

MD: Do jakich zawodów Pan teraz trenuje? Wspomniał Pan o zawodach Ultra.

RG: Tak, to będzie Ultra Triathlon. Nie chcę zdradzać tutaj, gdzie to będzie, na jakim dystansie, dlatego że tak naprawdę nie wiem jeszcze, czy tam pojadę. To, że jestem zapisany to nie jest wcale pewne, że  pojadę. Jak skończę plan [treningowy], pochwalę się. Najpierw trzeba skończyć plan i mieć te 3-4 dni odpoczynku dla siebie. Trenuję 7 razy w tygodniu i będzie problem ze skończeniem planu bez kontuzji.

MD: Pana osiągnięcia udowadniają, że sport wyczynowy można zacząć uprawiać w każdym wieku. Co poradziłby Pan zebranej tu młodzieży, która wchodzi dopiero w dorosłe życie?

RG: Przede wszystkim nie poddawać się. Zamierzone cele są zawsze na wyciągnięcie ręki, dlatego że nawet jeśli coś się wydaje niemożliwe, to są różne drogi do osiągnięcia sukcesu i na pewno poradzicie sobie i dacie radę. Tylko trzeba myśleć rozsądnie jak do tego dążyć, żeby zrealizować plan. Na skróty nie dojdzie do czegoś ważnego, są pewne szczeble, które trzeba przejść i zamierzone cele zostaną osiągnięte. Tego wam życzę – z uporem do przodu i będzie dobrze.

MD: Dziękuję Panu za poświęcony czas na rozmowę. Trzymam kciuki.

 

Opracowała:

Małgorzata Drąg

(II „a” LO)